Muzyka w trasie, czyli GSmart Maya M1 v2 i przyjaciele

0
Krzysztof Pikowy
Muzyka w trasie, czyli GSmart Maya M1 v2 i przyjaciele

Muzyka. Myślałby kto, że zwykłe - choć odpowiednio ułożone - zaburzenia gęstości i ciśnienia powietrza mogą sprawić człowiekowi tyle frajdy. Bawić, wzruszać, uspokajać czy dawać kopa na cały dzień albo, w moim przypadku częściej, na wieczorny powrót z pracy do domu. A jednak. Wielu z was pewnie zgodzi się ze mną, że bez muzyki życie nie tylko byłoby niepełne, ale w ogóle by go nie było.

Kiedyś było prosto. Włączało się Internationala z mrugającymi do rytmu, przynajmniej taka idea była, kolorowymi diodami, co bardziej zamożni odpalali segmentową Unitrę podłączoną do Tonsili i jazda. No dobra, był też jeszcze Grundig, nieśmiertelny w naszej pamięci, ale lepiej, żeby tam został i zaczął się powoli zamazywać, bo szału z nim nie było.

Na drogę - walkman. Ups, przepraszam - Walkman. Przez duże "W". Kaseta do środka, pchełki do uszu. Wypadały co prawda niemiłosiernie przy każdym ruchu, do tego stopnia, że odsłuchanie całego kawałka było wyzwaniem nie mniejszym niż wczytanie Space Invaders na małym Atari z XC12 z nieodzownym śrubokrętem w głowicy. W obu przypadkach jakikolwiek ruch powodował porażkę. Cytując klasyka - ten kto widział i próbował, ten wie-e.

Teraz to już, porównując z dawnymi czasami, żadna frajda. Komputer, głośniki albo słuchawki i jazda, gra muzyka. Oczywiście, szanujący się audiofil na moje słowa zapała świętym oburzeniem, bo jak tak z komputera? No dobra, chyba, że jakaś karta za roczną pensję siedzi w środku, to powiedzmy, nich już będzie. A w trasę smartfon, słuchawki i też po temacie. 

Tyle, że nie. Przynajmniej nie dla mnie. Audiofilem nie jestem. Może był i został, przy wyższych zarobkach, ale za te pieniądze to co najwyżej czekałby mnie los audiofila-teoretyka (taki wiecie, erotoman-gawędziarz, tylko z innej branży), co chyba jeszcze gorsze. Więc nie. Komputer, głośnik. Na komputerze FooBar 2000 - który, co prawda bardzo skrótowo, opisywałem nie tak dawno tutaj - bo jednak jakość dźwięku i możliwość ustalenia jego charakterystyki to rzecz dość zasadnicza, a on pozwala na całkiem sporo w tym zakresie.

Gorzej się robi, kiedy przychodzi mi wyjść z domu - czy to w podróż, czy na trening. Bo warto by mieć ze sobą Rainbow, Purpli czy Black Sabath, ale też nie warto kalać dobrej muzyki odtwarzaniem jej na byle czym. 

Niektórzy nazywają mnie - zwłaszcza w redakcji - fanbojem Nokii. Może i jest w tym trochę prawdy, ale nie do końca. Nie szaleję za dźwiękiem odtwarzanym przez smartfony tej firmy. Lumia 925, która robiła doskonałe zdjęcia, pod względem muzyki nie rozpieszczała mnie za bardzo, tak samo zresztą jak osiemsetdwudziestka. No i jednak... Niezależnie, którego smartfona z tych dwóch używałem, każdy z nich spełniał funkcję primary. Czyli dzwonimy, piszemy, czytamy maile i przeglądamy internet. A czasami go wyłączamy, żeby nikt nie przeszkadzał, kiedy jedziemy do Krakowa i rozkoszujemy się widokiem na - Borze Wszechlistny, to już ponad dwa lata minęły - ze Stargazer w tle, czy kiedy robimy dziesiąty kilometr na wybieganiu i to zdecydowanie zły moment, żeby odbierać telefon. A muzyka grać musi. Co więcej, żal byłby, gdyby mój aktualnie używany żółty skarb wypadł z kieszeni podczas treningu i roztrzaskał się o pruszkowskie chodniki. Więc do słuchania muzyki potrzebny inny, dodatkowy sprzęt. Dobrze grający, wytrzymały, ale jednak tani. Bo wywalanie kupy forsy na smartfona, który ma służyć tylko do tego jednego celu (no dobra, czasem też do pozostałych wymienionych, kiedy w podstawowym rozładuje się bateria - bo niestety Nokio, you do it wrong). 
No i niestety tutaj pojawia się problem, bo dobrze grających fonów, które w dodatku potrafią coś więcej i są dostępne w przyzwoitych cenach jest jak na lekarstwo. A już zwłaszcza wtedy, kiedy poszukiwacz nie dość, że jest fanbojem Nokii, to w dodatku nie przepada za kilkoma innymi markami i o ile do rąk je weźmie, to nie za własne pieniądze (najlepiej, kiedy sam może w takim przypadku zainkasować). 

Nie ustaję więc w poszukiwaniach, czasem jestem bliżej a czasem dalej. Całkiem znośny pod kątem muzyki był opisywany już przeze mnie Modecom, choć miał swoje wady, przede wszystkim nieco za bardzo rozmemłany bas, przy którym słuchanie ...and justice for all dość mocno mijało się z celem. 

Tym razem w moje spragnione odpowiedniego brzmienia na tanim smartfonie łapy wpadł inny niedrogi wynalazek - smartfon GSmart Maya M1 v2, wyprodukowany przez GigaByte Communications Inc.

_front

Pod względem budowy zewnętrznej jest dość nietypowy i początkowo - przyznaję - nie zachwycił mnie zbytnio. Przede wszystkim lubię, kiedy smartfon jest jednolitą, gładką konstrukcją. Kiedy wszystkie krawędzie są ze sobą równo połączone. Maya M1 jest pod tym względem inna - krawędzie plecków są wyraźnie szersze, niż front, w dodatku wykonane z bardzo gumowanego tworzywa. Można by nawet powidzieć, że z nieco wyplastikowanej gumy. Co cóż... pierwsze wrażenie takie nie jest najlepsze. Takie rozwiązanie ma jednak dwie niezaprzeczalne zalety, które doceniłem już w pierwszych chwilach użytkowania - po pierwsze - taka konstrukcja plecków powoduje, że telefon mocniej leży w dłoni, dzięki temu, że palce nie ślizgają się po gładkich krawędziach tylko mają swoisty zaczep, znacznie ogranicza się ryzyko, że wypadnie on z rąk. Po drugie - kiedy to nieszczęście już się wydarzy... Uwierzcie, że pruszkowskie chodniki są twardsze i jeszcze bardziej betonowe, niż gdziekolwiek indziej :) A jednak dzięki temu, że plecki są gumowe i ich boczne krawędzie są wysunięte, to podczas upadku na ziemię w rewelacyjny sposób amortyzują one uderzenie i w znaczny sposób zabezpieczają sprzęt przez uszkodzeniami. Jasne, gdyby uderzył bezpośrednio ekranem, zapewne nic by go nie uratowało. Jednak w przypadku uderzenia bokiem - telefon wciąż wygląda jak nowy. 

obudowa - dół
Sprzęt nie zalicza się więc do najpiękniejszych, niespełnionych marzeń Jonathana Ive - tak, nieduży, okrągły przycisk włącznika i blokady ekranu również nie wzbudził mojego zachwytu pod kątem estetyki, choć znów okazał się być bardzo wygodnym rozwiązaniem - to jednak patrząc przez pryzmat jego zastosowania jest świetny.

obudowa - góra

Technicznie również nie ma szaleństwa. Czterordzeniowy MediaTek MT6589 (Cortex-A7 taktowany z częstotliwością 1,2 GHz), 1 GB pamięci RAM i 4 GB pamięci flash nie rzucają na kolana, ale też nie porażają ubóstwem, zwłaszcza że możemy użyć karty pamięci (max 32 GB). Ot, standard niedrogich androidofonów.

Ekran to IPS 4,5 cala o rozdzielczości 540 x 960 px, czyli już całkiem nieźle. Co ważne, ekran ma - sprawdzone w warunkach użytkowych - dobre kąty widzenia, niezłe odwzorowanie kolorów (choć są one nieco zbyt nasycone) i przede wszystkim naprawdę dobrze radzi sobie w mocnym słońcu. 

obraz z kąta

Do tego dochodzi przydatny w podróży czy podczas treningu aparat główny o rozdzielczości 8 megapikseli z całkiem przyzwoitą lampą doświetlającą, a także aparat przedni 2 mpix.

W urządzeniu zastosowano nienajnowszą już wersję Androida, czyli 4.2.1 z niewielkimi zmianami, obejmującymi przede wszystkim zmieniony wygląd pola odblokowywania ekranu (choćbym bardzo chciał, skojarzenia z punktem G są nieuniknione) a także - do tego mamy ogromne zastrzeżenia - bardzo złe, bardzo niepełne tłumaczenie. Pod tym względem jest, niestety tragicznie.

punkt g  polski 3 polski 1 

Spełniając recenzencki obowiązek wspomnę też, iż Maya M1 v2 obsługuje dwie karty SIM, z których jedną może być karta Aero2. 

Do rzeczy, czyli słuchamy

Zacznę może nieco niestandardowo, czyli nie od jakości dźwięku, a od obsługiwanych przez smartfon formatów audio. A na tym polu Maya M1 radzi sobie całkiem, całkiem. Obsługuje nie tylko najbardziej standardowe formaty, jak AAC, AMR, MP2, MP3, WAV czy WMA, ale nie ma też najmniejszych problemów z odtwarzaniem muzyki zapisanej w plikach APE, FLAC, M4A czy Ogg. Wystarczy więc nie używać cokolwiek mniej popularnych formatów, jak RA czy TTA a wtedy smartfon na pewno da radę plik obsłużyć.

A co z jakością dźwięku? Ja zazwyczaj słucham muzyki zapisanej w FLAC lub WAV, na potrzeby testu wybrałem pierwszy format pliku.

Głośnik wbudowany - jestem pod wrażeniem. Dźwięk jest bardzo selektywny (oczywiście biorąc pod uwagę, jaki przetwornik jest w użyciu), czysty i - przy wyłączonym systemowym korektorze dźwięku - o neutralnej charakterystyce z minimalną tylko skłonnością do szczeleszczącej góry. Basy... no cóż, nie są zbyt mocne, nie ukrywajmy. Ale jak na mały, wbudowany głośniczek wyraźne, melodyjne i nie zakopane pod tonami folii aluminiowej. Mocny wokal w wysokich rejestrach cały czas jest czytelny, wyraźny i tam, gdzie potrzeba - dynamiczny. 
Oczywiście, to był tylko wbudowany głośniczek. Obiektywnie rzecz biorąc jakość dźwięku nie mogła być zbyt wysoka, ale w porównaniu np. do Nokii 820, w której wysokie tony brzęczą jak stado - za przeproszeniem - wykastrowanych os a basy robią za ścielącą się mgłę, Maya M1 to naprawdę wysoki poziom.

Przejdźmy jednak dalej i sprawdźmy, co się stanie, kiedy podłączymy GSmarta do głośnika JBL PowerUP.

jbl

Najpierw Bluetooth, przy czym parowanie urządzeń odbywa się bardzo szybko. Dźwięk? Tutaj mam bardzo specyficzne odczucia. Osobiście nie jestem zwolennikiem charakterystyki, jaką ten głośnik dysponuje. Dźwięk z niego jest w moim odczuciu mocno zbity w jedną całość i przy całej selektywności zapewnianej przez układ audio smartfona nie czuć jej tak wyraźnie na JBLu. Wiem, że jest cała masa słuchaczy, dla których właśnie ta charakterystyka jest idealna, ja wolę jednak dźwięk rozłożony na znacznie szerszej przestrzeni. Jednak pomijając wpływ głośnika, dźwięk płynący z GSmarta jest trochę przesterowany nawet przy niezbyt mocno rozkręconej głośności w telefonie. Zastrzeżenia pewne mam również do basów - nie są one co prawda pozbawione krawędzi, jak w przypadku wspomnianego już smartfona Modecom, ale nie brzmią zbyt dobrze, bardziej huczą, niż dudnią. To wygląda trochę jak efekt zastosowanych głośników, ale czy tak jest w rzeczywistości - sprawdzimy podłączając smartfon do słuchawek.No i brakuje nieco góry, gra ona jakby mocno w tle. Wrażenie jest takie, jakby do głośnika podłączonego kablem ktoś przyłożył poduszkę.

telefon z głośnikiem

Kiedy jednak zmienimy bluetooth na kabel - poduszka zostaje odjęta :) Dźwięk jest znacznie czystszy, teraz już selektywny, czego brakowało po podłączeniu przez bluetooth, no i posiada naprawdę przyjemną (jak na JBLe) charakterystykę. Bas jest całkiem konkretny, wyraźnie zarysowany i brzmiący, a nie udający, że brzmi. Dziwnie brzmi jedynie górne pasmo - jest ostre, świdrujące, ale przy tym wszystkim nie potrafi przebić się przez basy i środek. Jeśli to specyfika użytego głośnika, w porządku, jeśli jednak tak samo będzie na słuchawkach, to zrobi się nienajlepiej.

Sprawdźmy więc słuchawki - po pierwsze XQISIT LZ380, które pokochałem od pierwszego wsłyszenia i odkochać się nie mogę, po drugie - Nokia Monster Purity Pro, z którymi mam przyjemność od niedawna.

słuchawki XQ

Po założeniu XQISITów Gsmart powoli zaczyna naprawdę grać i w dodatku robi to dobrze, chociaż zdaję sobie sprawę, że te słuchawki wielu osobom nie będą odpowiadać.Pomijając ich basową charakterystykę (jednocześnie nie zabierającą ostrości - takie specyficzne zrównoważenie) i skupiając się na tym, co gra smartfon, wyraźnie można już wyczuć całkiem jakość zastosowanego w nim układu audio. Bez kłopotu prowadzi on każdy instrument oddzielnie, selektywność dźwięku (czyli to, na co ja osobiście zwracam bardzo dużą uwagę) jest bez zarzutu. Co ważne, nie przesterowuje on dźwięku nawet przy maksymalnie ustawionym poziomie głośności (wspominany wcześniej bluetooth ma swoje prawa, niestety), wysokimi tonami gra delikatnie, nie pozwalając im wyjść zbyt mocno przed orkiestrę i tworzy bardzo mocne, dynamiczne podłoże basu - i ta charakterystyka jest bardzo wyraźnie podtrzymywana przez słuchawki. To jest doskonała para do użytku podczas treningu, gdzie ważna jest po pierwsze odpowiednia dynamika - wyobraźcie sobie utrzymywanie wysokiego tempa biegu, kiedy sekcja rytmiczna w słuchawkach gra, jakby postanowiła ze sceny zejść - a po drugie, przyciemniona, lekko utemperowana góra, nie zagłuszająca wszystkiego dookoła.

telefon ze słuchawkami XQ

Nie zapominajmy, że biegamy - przynajmniej ja - zazwyczaj po mieście i poza przyjemnością z treningu w rytm muzyki musimy także dopuszczać do siebie dźwięki swiata zewnętrznego, np. klakson samochodu, pod który właśnie próbujemy wbiec :)

słuchawki monster

A jak GSmart wypadł w połączeniu z żółtymi Monsterami, które są bardzo specyficznymi, jasnymi i przestrzennymi słuchawkami, pozwalającymi usłyszeć każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk bądź - co ważne w tym przypadku - jego brak lub niewłaściwe odtworzenie i sprawdzają się fantastycznie w słuchaniu koncertowych wersji utworów, zwłaszcza jeśli chcemy sprawdzić, czy gitarzysta nie poskąpił nam kilku dźwięków w solówkach?

telefon ze słuchawkami monster

O ile na XQISITach Maya zagrała ładnie, w sam raz na trening, gdzie liczy się przede wszystkim dynamika i wyraźny dół, to na Purity Pro pokazała, że sprawdza się też w sytuacji, kiedy zwyczajnie chcemy usiąść w fotelu w kawą i podelektować się dźwiękiem. Dźwięk jest doskonale odwzorowany, super selektywny i dynamiczny, z bardzo krótkim atakiem. Góra jasna i ostra, choć nie wybijająca się ponad tło, dół mniej brutalny, niż we wcześniej sprawdzanych słuchawkach, ale dynamiczny, choć cokolwiek ukryty. Co najważniejsze, każdy instrument gra oddzielnie i w wyraźnej odległości od siebie. Drobne smaczki, których w ogóle nie było słychać na głośniku JBL i które absolutnie nie zwracały na siebie uwagi na XQISITach - tutaj są bardzo wyraźnie zaznaczone - dzięki czemu słuchając Wanna Be Starting Something Jacksona doznałem olśnienia, odkrywając zupełnie nową dla mnie warstwę chórków, z których istnienia nie zdawałem sobie wcześniej sprawy - głównie dlatego, że słuchałem tego utworu na ogół właśnie na JBLu podłączonym do laptopa wyposażonego w zintegrowaną kartę dźwiękową. 

Więc podsumowując - jak gra GSmart Maya M1 v2? Jak na smartfon, który można kupić za niecałe 700 złotych - to rewelacyjnie. Gdyby kosztował dwa razy tyle, to pod katem jakości dźwięku również nie można by mu nic zarzucić. Po pierwsze - bardzo, bardzo selektywnie, wyraźnie oddzielając od siebie instrumenty. Po drugie - dynamicznie. Po trzecie - to akurat nie dla każdego musi być zaleta, choć dla mnie akurat jest - mocno zaznaczając dół pasma. Nie przesadza z tym, o ile dobierzemy odpowiednie głośniki lub słuchawki, ale nie da się ukryć, że mocny bas jest tu motywem przewodnim. I po czwarte - nie ma tendencji do przesterowywania dźwięku. 

Dodatkowo pozwala na całkiem przyzwoitą korekcję brzmienia - każdy ruch na pięciopunktowym (niestety) korektorze to wyraźna zmiana charakterystyki dźwięku. 

Pozostałe elementy użytkowe

Wspomniałem już o całkiem dobrym ekranie, więc tego powtarzać nie będę. Napisałem również o dramatycznie złym tłumaczeniu systemu i akurat to powtórzę - to jedno z najgorszych tłumaczeń Androida, jakie spotkałem. Poprawcie to!

Zastrzeżenia mam również do działania dotyku. Wymaga on dość zdecydowanej ręki, delikatne muśnięcia nie zmuszają sprzętu do reakcji. 

Wydajność w podstawowych zastosowaniach jest do przyjęcia, choć za podobną cenę możemy już kupić smartfon z procesorem co najmniej 1,5 GHz. O ile jednak nie zechcemy otworzyć jednocześnie dwudziestu kart w przeglądarce, czy odpalić najnowszej wersji Asphalta, to spokojnie wystarczy - Angry Birds działają bez problemu i bez zacięć :)

Akumulator - w takich właśnie moich podstawowych dla drugiego smartfona zastosowaniach, czyli muzyka + łączność 3G, wytrzymał nieco ponad 1200 minut. Szału nie ma, dramatu też nie.

Podsumowanie

I dokładnie taki, jak w ostatnim zdaniu poprzedniego akapitu zostało powiedziane, jest cały GSmart Maya M1 v2. Bez szału, ale i bez dramatu. W podstawowym zastosowaniu testowym sprawdził się doskonale i bez problemu zrobię z niego swój sprzęt do słuchania muzyki - również domowego słuchania, w zastępstwie komputera. Do tego celu nadaje się jak mało które urządzenie. O ile oczywiście użytkownik nie jest audiofilem, bo ten zapewne nie usłyszy nic poza szumami ;)

Internet, czytanie maili - również w porządku, strony ładują się sprawnie, no i ekran pozwoli na używanie smartfona również w mocnym słońcu.

Pisanie maili i smsów - to nie jest najlepszy pomysł, niestety. Dotyk działa niezbyt dobrze. Zresztą, sami zobaczcie co wyszło, kiedy dwa poprzednie zdania napisałem na nim na pomocą ślizganej klawiatury. Zwykłe, stukane pisanie oczywiście pozwoli na osiągnięcie właściwego efektu, ale zapewniam - kilka razy będziecie musieli poprawiać błędnie napisane literki.

sms

Gry - w porządku, o ile nie wymagają one wysokiej wydajności. Więc w 2048 zagracie bez kłopotu. We Flappy Birda też, ale musicie mocno stukać w ekran, w przeciwnym wypadku możecie rozbić się tuż przed przekroczeniem magicznej granicy 100 punktów, jak to się zdarzyło piszącemu te słowa. Angry Birds działają płynnie, ale wymagają nieco cierpliwości związanej znów z funkcjonowaniem dotyku. 

Czy więc warto kupić ten sprzęt za około 650 złotych? Jeśli miałby to być wasz podstawowy smartfon, to na pewno nie. Ma zbyt wiele niedociągnięć i zbyt niską wydajność, żeby mógł być tym podstawowym. Jako drugi, choćby do słuchania muzyki w dobrej jakości, przeglądania internetu i maili od czasu do czasu - tak, zdecydowanie jest tego wart, zwłaszcza w przypadku, kiedy muzyki słuchacie często i wysoka jakość dźwięki jest dla was znacząca. Wtedy po GSmarta Maya M1 v2 możecie sięgnąć bez specjalnych wątpliwości.

--
Smartfon GSmart Maya M1 v2 przekazała do testów firma GigaByte Communications Inc.
Słuchawki XQISIT LZ380 otrzymałem od firmy XQISIT.
Głośnik JBL PowerUp i słuchawki Nokia Monster PurityPro testuję dzięki firmie Nokia.

Oceny (5)
Średnia ocena
Twoja ocena
Zaloguj się, by móc komentować