Wyznanie neofity

5
Wojtek Żuchowski
Wyznanie neofity

Niedawno pisałem o swoim przesycie nowoczesną techniką, informacją, o ułudzie wielozadaniowości i o tym, jak postęp techniczny w istocie pozwala jedynie pracować więcej za mniej, w najlepszym razie tyle samo. Jednak założyłem własny blog i musiałem się przeprosić z tym czy tamtym. Parę luźnych myśli.

Najpierw był smartfon. Jak tu wyjechać na urlop i wciąż codziennie publikować, choćby gotowe wpisy, gdy nie ma się laptopa ani tabletu? Smartfon mam dopiero od paru miesięcy, wcześniej przez lata korzystałem ze starych nokii po młodszym bracie. Teraz pozwala mi się wstrzelić z zajawką na Fejsie w czas, gdy moi obserwujący są online, gdziekolwiek jestem.

Niestety, nie pozwala mi elegancko usunąć tradycyjnego odnośnika po tym, gdy już Fejs pobierze grafikę i właściwą zajawkę, a pisanie dodatkowych wstępów, także na Twitterze i Google Plus, to udręka, a co dopiero mówić o napisaniu czegoś od zera, do tego z obrazkiem. Czeka mnie więc zakup laptopa albo laptopa hybrydowego. Pewnie też z czasem pojawi się więcej komentarzy, a to oznacza konieczność moderacji przez cały dzień. Do tego obowiązkowa codzienna prasówka, do której przecież tablet jest wręcz stworzony…

No właśnie, założyłem konto prywatne i fanpage'a na Facebooku i Google Plus, a ponadto działam na Twitterze i Instagramie. LOL. Ja, który dotąd to wszystko omijałem szerokim łukiem… Na razie odczucia mam dość ambiwalentne.

Na pewno przepływ informacji jest zupełnie inny, pod tym względem Facebook rządzi i dzieli. Z drugiej strony szum informacyjny zmusza go do tego, by selekcjonować informacje przed wyświetleniem na tablicy. (Co pozwala mu, swoją drogą, zarabiać na promowaniu wpisów). Małe fanpage'e w większości mają 20–40 procent zasięgu na każdy wpis, duże – zaledwie kilka procent. Tak, administrator takiej strony może liczyć na to, że kilka procent obserwujących zobaczy każdy wpis, jeśli ten nie zostanie podpłacony i nie zostanie wyświetlony większej liczbie osób jako „sponsorowany”. Google Plus z kolei to wciąż miasto duchów. Twitter? Według badań wpis średnio dociera do 12 procent obserwujących, a reaguje na niego parę procent. Wszyscy wrzucają wszystko – i taki jest rezultat. Żeby widzieć wszystko z danej strony, trzeba w menu paska „Lubię to!” zaznaczyć odpowiednie powiadomienia albo naprawdę od początku czytać, lajkować, udostępniać i komentować. Ale co wtedy? Przeciętny użytkownik Facebooka w praktyce będzie miał jeszcze większy śmietnik.

Nie bez znaczenia jest tu zjawisko kupowania lajków, co się wiąże z tym, że całe zastępy lajkują dla niepoznaki poprzez fałszywe lub kradzione konta, co tylko się da, czy to wpisy, czy reklamy stron. A to jest dla fanapage'a bardzo szkodliwe.

Naprawdę spodobał mi się Instagram. Niby śmietnik, ale jest coś wspaniałego w utrwalaniu pozornie nieistotnych chwil, choćby to były tylko słabe przebłyski na ekranie komputera lub smartfona.

Kiedyś ludzkość zniknie w niebycie, jak znika każdy gatunek i każda planeta, czy to w naturalny sposób, czy w wyniku jakiegoś kataklizmu. Czy byle chwila jest mniej ważna od epokowych wydarzeń w naszej historii? Ta mogłaby się potoczyć zupełnie innymi torami; mogłoby cię nie być, mógłbyś urodzić się gdzie indziej, mógłbyś nie mieć nawet w połowie tak fajnego życia. Ale jakie to ma znaczenie? […] To wszystko są chwile na miarę Wielkiego Wybuchu, cały sens istnienia, obok muzyki Bacha, obrazów Caravaggia, dramatów Szekspira, Kaplicy Sykstyńskiej i Amelii, nawet jeśli to tylko plus jeden do sumy szczęścia we wszechświecie. […]

Z wpisu „Plus jeden do szczęścia we wszechświecie”

Nie wiem jednak, jak ludzie wytrzymują nerwowo z tą masą powiadomień. Ja po pierwszym zachłyśnięciu się nowością szybko doznałem przegrzania zwojów i teraz na witryny społecznościowe staram się wchodzić – o ile sam nie publikuję – raz, dwa razy dziennie. Stało się tak pomimo tego, że dla zasady nie korzystam z komunikatorów (bo ludzie dzisiaj nie umieją prostego zdania wysłać w mniej niż pięciu wiadomościach, a co dopiero mówić o więcej niż jednym zdaniu). Z drugiej strony to najprostszy sposób na to, by widzieć tylko ułamek tego, co chciałoby się zobaczyć, zwłaszcza że algorytm siłą rzeczy jest głupi.

Doszło już do tego, że ktoś o moich tekstach powiedział: „szkoda, że takie długie” albo coś w ten deseń, choć prawie wszystkie mają zaledwie 250–650 słów, przy czym większości bliżej do tej dolnej granicy niż do górnej. Czyżby rychły koniec blogów?

Oceny (7)
Średnia ocena
Twoja ocena
Kerebron (2015.12.02, 13:18)
Ocena: 2
Pokolenie TL;DR a w 'najlepszym' przypadku TL;DU. -_-
pila (2015.12.02, 16:44)
Wojtek, jesteś chyba ostatnią osobą, którą bym podejrzewał o założenie sobie konta na Fejsie czy Instagramie! Teraz pora na Snapchat! ;)
wojtzuch (2015.12.02, 17:00)
Ocena: 3
pila (2015.12.02, 16:44)
Wojtek, jesteś chyba ostatnią osobą, którą bym podejrzewał o założenie sobie konta na Fejsie czy Instagramie! Teraz pora na Snapchat! ;)


Nigdy, już prędzej Pinterest :) Na razie jednak cztery grzędy wystarczą. Ale przyznaj, długo się trzymałem. Zresztą z pierwszą komórką – a potem smartfonem – też. Ten drugi był mi już naprawdę niezbędny, choćby do sprawdzania rozkładu jazdy i repertuaru okolicznych kin przed wyjściem z treningu albo centrum handlowego. Wkurzało mnie też to, że musiałem zapamiętywać teksty usłyszanych gdzieś utworów, by potem wyszukać je na tej podstawie w necie. I że ostatnia prognoza pogody, jaką znałem, pochodziła sprzed kilku godzin. I tak dalej.
Krzysztof Pikowy (2015.12.03, 04:25)
Ocena: 0
Za krótkie, nie czytam :P

Teraz czas na smartwatcha, a potem HoloLensy, jak już będzie można kupić :D
Vega (2015.12.06, 04:41)
Ocena: 1
'Czyżby rychły koniec blogów?'

Tak.Dziś nawet mem nie może zawierać zbyt wielu znaków.
Zaloguj się, by móc komentować